Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 kwietnia 2016

Spójrzmy dookoła

    W dzisiejszych czasach, w których technologia napędza każdy nasz dzień, życie z dala od cywilizacji można nazwać jedynie trudną do przeżycia szkołą przetrwania. Co jednak kiedy ta szkoła dla jednych wydaje się czymś nie do pokonania, dla innych jest codziennością, a pojęcie cywilizacja nabiera zupełnie innego znaczenia?

     Film dokumentalny Nadejdą lepsze czasy w reżyserii Hanny Polak, to dwugodzinna refleksja na temat tego co mamy, czego nam brakuje, docenienia i zdania sobie po raz kolejny sprawę z tego, że wciąż obok nas żyją ludzie, którym los splatał figla i nie dał im szansy od początku na tak zwane normalne życie. Ale przychodzi także myśl, że coś lepszego nadejdzie, wcześniej czy później.

     Opowiedziana została historia July, nastolatki mieszkającej niedaleko Moskwy, która farbuje

włosy,
eksperymentuje z makijażem, pali papierosy, pije alkohol, czyli robi to co jej rówieśnicy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że naturalnym środowiskiem dziewczyny, w którym żyje, jest największe wysypisko śmieci w Europie, znajdujące się niedaleko stolicy Rosji. Wraz z matką, przyjaciółmi i innymi bezdomnymi każdego dnia walczy o przetrwanie. Namiastkę normalności zapewniają zbudowane szałasy zastępujące mieszkanie, radio czy telewizor zmontowane z części znalezionych na wysypisku, gitara i śpiewy, wspomagane alkoholem. A jedyną tego wszystkiego przyczyną była śmierć ojca dziewczyny, która spowodowała zawiłe problemy z mieszkaniem, które musiały opuścić.

   Sytuacja brzmi absurdalnie, ale w rzeczywistości taka nie jest. Reżyserka przybliża widzom codzienne życie wykluczonego społeczeństwa, pokazując w jaki sposób mieszkańcy wysypiska zarabiają na alkohol, jak wygląda gotowanie obiadu, spędzanie czasu, wieczorów, jak radzą sobie zimą, o czym myślą i marzą. W ich opowieściach oraz w obrazach prezentowanych w filmie, Rosja jawi się jako wielka skrajność, w której nie można liczyć na pomoc państwa, a obywatele pozostawieni są sami sobie. Nie ma zainteresowania, nie zwracana jest uwaga, a zbiorowość ta, od dziecka przyzwyczajana do takich warunków, jest na tyle zżyta, że niektórzy z powodu bycia już zaadoptowanym nie chcą opuszczać tego miejsca lub do niego wracają. Od dziecka, ponieważ i w takim miejscu ludzie zakładają rodziny, rodzą i wychowują dzieci.

   Kamera pokazująca dorastanie dziewczyny towarzyszyła jej na różnych etapach życia. Bohaterkę poznajemy w wieku 11 lat, a znajomość z nią kończymy kiedy ma ponad 20. W tym czasie w jej życiu zaszyły duże zmiany, wiele się wydarzyło. Podjęła wiele trudnych decyzji, a wyrzuty sumienia, tudzież konsekwencje, pozostaną z nią na zawsze. Momenty przełomowe, które doprowadziły ją do chęci zmiany, miały miejsce w smutnych okolicznościach, ale równocześnie stały się dla niej mobilizacją do działania. Siła jaką w sobie odnalazła, napawa widza nadzieją, że każde przeszkody można pokonać, a i los czasami przestanie być nieprzychylny i się do nas uśmiechnie.

      Film ten porusza tak bardzo znane nam kwestie, jak wykluczenie społeczne, zwrócenie uwagi na to co mamy, a czego innym brakuje. Jak wiele historii, tak i ta, pomaga spojrzeć na innych ludzi, którym nie poszczęściło się w życiu tak jak nam, z innej perspektywy. Ze smutkiem? Z żalem? Z refleksją? Z poczuciem obowiązku pomocy? Może takie skrajne przypadki w Polsce nie mają miejsca (chociaż, kto wie?), to wokół każdego z nas znajdzie się osoba, którą możemy zaliczyć do tych wyeliminowanych z cywilizacji, wyeliminowanych ze społeczeństwa, nie wpasowujących się w ramy pięknego i szczęśliwego życia na wysokich obrotach. A przecież wystarczy niewiele do usłyszenia szczerego słowa 'dziękuję'. Wystarczy czasami nie kategoryzować spotkanego mężczyzny od razu jako bezdomnego – alkoholika, bo może okazać się, że chce poprosić tylko o kupienie kanapki, a starszej pani odmówienia dania złotówki czy dwóch, kiedy sami wracamy z torbami pełnymi jedzenia.


Jeśli istnieje takie coś jak los, to choć bywa ślepy, zdajemy się na jego łaskę lub jesteśmy jego ofiarami, to czasami może on się do nas uśmiechnąć, możemy go wygrać na loterii albo zostać jego kowalem. 


*źródło plakatu imdb.com

czwartek, 26 listopada 2015

Nowy Jork na chandrę

Gdy przez dłuższy czas nie mam humoru często dobrym sposobem na jego poprawienie są wyjazdy i zmiana otoczenia. Nie zawsze to jednak możliwe i wtedy na 115 minut w podróż do miasta moich marzeń - Nowego Jorku, zabiera mnie mój ukochany film, czyli „Śniadanie u Tiffany’ego”.


     Jest to film, który mogę obejrzeć sto razy i za sto pierwszym razem dalej będę śmiać się i wzruszać równie mocno. Uwielbiam postać Holly Golightly, którą gra cudowna Audrey Hepburn. Początkowo Holly wydaje się być zwyczajną trzpiotką, która radzi sobie w życiu jak umie. To pierwsze wrażenie jest jednak tylko częściowo słuszne, ponieważ jest ona także młodą kobietą, która nieustannie szuka swojego miejsca w życiu i ucieka przed własnymi lękami. Między innymi dlatego w jej mieszkaniu prawie nie ma mebli, a jej rudy kot nie ma imienia. Jedynym miejscem, w którym Holly znajduje spokój jest sklep Tiffany’ego. 
     Pewnego dnia poznaje ona nowego sąsiada Paula Varjaka. Paul jest pisarzem jednak od kilku lat nie udało mu się napisać i wydać niczego nowego. Zarówno jego życie, jak i życie Holly, nie jest pozbawione ciemniejszych stron. Znajomość tej dwójki jest więc burzliwa, ale dzięki niej oboje odkrywają rzeczy, z którymi wcześniej nie mieli do czynienia. Oczywiście pojawiają się też uczucia. Tylko czy ich związek w ogóle jest możliwy? Na drodze stanie wiele przeciwności, a jedną z większych będzie charakter obojga. Jednak te dwie dalekie od ideału postacie razem tworzą idealną historię miłosną. I sprawiają, że film jest pełen nie tylko uroku i humoru, ale także mądrości. Dodając do tego scenerię i klimat Nowego Jorku nie można się nie zachwycić.

     A książki Trumana Capote, na podstawie której powstał film, po prostu nie lubię. Zdecydowanie bardziej podoba mi się historia i sposób jej przedstawienia w adaptacji i to się nigdy nie zmieni. I nie dość, że w tym przypadku film jest dla mnie lepszy od książki, to uważam też, że lepiej najpierw obejrzeć, a dopiero później zabrać się za czytanie! Lub nie zabierać się za nie wcale. No chyba że z ciekawości i dla porównania.


niedziela, 8 listopada 2015

Inspiracja potrzebna od zaraz


Każdy potrzebuje natchnienia. Chyba, że nic nie robi. Inspiruje nas muzyka, poezja, natura, rozmowy, ludzie. Mogą nas inspirować także filmy. Film to dobre źródło pomysłów, ale gdzie jest granica między natchnieniem a zgapieniem? Cienka to granica, oj cienka.

Lubię sobie czasami obejrzeć film, na podstawie którego nakręcono inny film (remake / bądź nie remake) lub który był po prostu inspiracją. Może dla samego porównania, dla przekonania się co jest lepsze, czego zabrakło, co zostało pominięte, zrozumieć niezrozumiałe, w sumie sama nie wiem dlaczego. Ale warto to robić z jednego prostego powodu: żeby czasem nie błysnąć wiedzą, że ktoś jest autorem czegoś, a wcale autorem tego czegoś nie jest (bo po prostu zgapił).

Inspiracja szukana jest wszędzie. Nie tylko w klasykach amerykańskich (Przykład: Masz wiadomość jest remakiem Sklepu na rogu z 1940, a My Fair Lady to tak naprawdę Pigmalion z 1938), ale także w kinie zagranicznym, chociażby w Azji. To twórcy z Hongkongu czy Korei Południowej są często kalkowani w Hollywood.

(Czy jest w tym coś złego? Tak / nie / nie wiem)

Szkoda tylko, że pierwowzory są często zapominane/pomijane/przechodzą bez echa, a zdarza się tak, że są bardziej godne uwagi niż nie jeden przebój amerykański. Za przykład niech posłuży melodramat w gwiazdorskiej obsadzie: Sandra Bullock i Keanu Reeves czyli Dom nad jeziorem. Film ten niech broni się sam, ja natomiast kilka słów napiszę o jego pierwszej, koreańskiej wersji Siworae.

Załamywanie czasoprzestrzeni przez skrzynkę na listy to dość oryginalny pomysł, wręcz science – fiction. Jej kalendarz wskazuje rok 2000, jego 1998. On wprowadza się do nowo wybudowanego domu, z którego … ona już się wyprowadziła. On z czasem się w niej zakochuje, ona wciąż tęskni za swoim byłym. Film tak przesiąknięty spokojem, melancholią, że osoby mało wrażliwe raczej nie wysiedzą spokojnie. W tym filmie dominuje czas, nie tylko w sensie metafizycznym, ale dosłownie. Mało się mówi, trochę więcej się dzieje, ale sposób wyrazu jest idealnie dobrany do ukazania tęsknoty, samotności, nostalgii. Czy te same cechy jesteśmy w stanie odnaleźć w Domu nad jeziorem? Nie pozostaje nic innego jak odpowiedzieć sobie na te pytanie samemu. Nie zmienia to jednak faktu, że Dom nad jeziorem czerpie garściami z oryginału, zmieniając niewiele w samej fabule, ale sama konwersja na dzieło amerykańskie pozbawiona jest klimatu dzieła koreańskiego. Stworzony jest inny klimat - hollywoodzki.

Tytuł obrazu "Kobiety przy skrzynkach na listy, czekające na odpowiedź od mężczyzn, zagubionych w czasie" 


Typowo hollywoodzkim klimatem cechuje się jedno z ostatnich głośniejszych dzieł Martina
Obraz wyraża więcej niż tysiąc słów
Scorsese, za które zresztą zgarnął jedynego jak na razie w swojej karierze Oscara za reżyserie, czyli Infiltracja. Kryminał opowiadający o podwójnej, z czasem psychologicznej grze między dwoma policjantami; przy czym jeden z nich jest kretem u bossa mafii, drugi w wydziale policji. (Jeśli za sprawą niewyjaśnionych/nadprzyrodzonych powodów nie widzieliście tego filmu, to warto to nadrobić.) Jednak to, co zasługuje na uwagę jest często pomijane, a mianowicie chodzi o inspiracje filmem hongkońskim Infernal Affairs: Piekielna gra. Opowiada on o tym samym, z większymi czy mniejszymi różnicami, co Infiltracja. Nie ma natomiast takiego rozmachu, jest lekko chaotycznie, ale jest sensacja i napięcie jakie powinno towarzyszyć przy tego typu filmach. Większość komentarzy jednoznacznie określa, że Infiltracja nijak się ma do Piekielnej gry, a według mnie osoby przesiąknięte kinem amerykańskim, przyzwyczajone do pewnego poziomu realizacji nie będą zadowolone z azjatyckiej wersji. Może zależy to, który z tych filmów oglądamy jako pierwszy? Ale nie zniechęcajcie się m.in. wyglądem Azjatów i nie bójcie się, że ich nie rozpoznacie – wszystko po obejrzeniu będzie całkowicie jasne. 

<refleksja: gdyby nie Piekielna gra, nie powstałaby Infiltracja, więc Scorsese nadal byłby bez  Oscara ... >

Tarantino – kochany czy też nie, także nie jest święty. Ale powszechnie wiadomo o jego zamiłowaniu do starego kina czy muzyki, którą wykorzystuje w swoich filmach  <więc przymykamy oko ;) >. Nie inaczej było z Kill Billem. Film klasyfikowany jako akcja/thriller, w którym Panna Młoda, była płatna zabójczyni, ma w planach ułożenie sobie życia, ale tak na spokojnie. Jednak przeszłość lubi dawać o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie, co doprowadza do rozlewu krwi. Jednak, jak wiadomo, zemsta najsłodsza jest na zimno.
Sam motyw zemsty, poruszany w kinie tak często i na różne sposoby (sensacyjnie – Punisher,  przygodowo - Hrabia Monte Christo, ze znanymi nazwiskami – Ocean's 13, po polsku - Vabank) może wydać się przereklamowany, ale drugiego takie nawet nie warto zacząć szukać. Chyba że cofniemy się troszkę w czasie do 1973 i troszkę dalej, aż do Japonii, to może tam znajdziemy coś na miarę Kill Billa, a mianowicie Krwawą Panią Śniegu. Historia kobiety - Yuki której ojciec i brat zostali okrutnie zamordowani, a matka zgwałcona. Niestety Yuki spotyka ten pech w życiu, że rodzi się w więzieniu, a jedynym jej celem zostaje pomszczenie rodziny. By tego dokonać rozpoczyna śmiercionośne treningi. Potem wystarczy odnalezienie winowajców i poleje się krew. Powinno brzmieć znajomo. 



Jest natomiast jeszcze inny film, francuski, również opowiadający o precyzyjnie zaplanowanej zemście. Tym razem pomszczony będzie mąż. Panna młoda w żałobie to film może nie naszpikowany rozlewem krwi, ale zemsta na pięciu winnych mężczyznach, kobieta zdolna do wszystkiego i poświęcająca wszystko, by tylko wymierzyć sprawiedliwość również nasuwa skojarzenia.

Jedyne co mi pozostaje to cicha nadzieja, że do waszej listy filmów 'do obejrzenia' dodacie co najmniej trzy kolejne tytuły, w najgorszym wypadku siedem (nie licząc kontynuacji). 

źródła zdjęć: imdb.com, ravepad.com, chud.com/145830/chud-poster-the-departed/, youtube.com 

piątek, 4 września 2015

Nocne spacery wampirzycy

     Wampiry zna każdy. Jeżeli nie klasycznego hrabiego Drakulę, to wytwornego Lestata lub nowoczesnego Edwarda Cullena. A co jeżeli wampirem byłaby młoda kobieta? Do tego kobieta w... czadorze*? Taką bohaterkę poznajemy w filmie "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu". Jest to jeden z moich trzech ulubionych filmów o wampirach.

*Czador to jeden z rodzajów okryć zewnętrznych muzułmańskich kobiet. Jest tradycyjnym strojem w Iranie. 

źródło

     Scenariusz i reżyseria są dziełem irańsko-amerykańskiej twórczyni Any Lily Amirpou. Jest ona nawet nazywana "Tarantino w spódnicy". Akcja filmu rozgrywa się w małym, przemysłowym miasteczku w Iranie. Nie spodziewajcie się fabuły z wyraźnym rozpoczęciem i zakończeniem, porywającej akcji i grozy. Myślę, że część osób może nawet uznać ten film za nudny. Jednak dzięki niepowtarzalnej atmosferze jest on wart uwagi. Tymczasem nasza bohaterka prowadzi całkiem zwyczajne, jak na wampira, życie. Słucha muzyki i tańczy w swoim pokoju albo włóczy się nocą po ulicach. Jeździ też na deskorolce. Jej obecność znacząco wpływa na losy innych mieszkańców, ponieważ w międzyczasie zajmuje się pouczaniem małych, niegrzecznych chłopców i piciem krwi tych większych i jeszcze bardziej niegrzecznych. Dziewczyna wybiera się także na dyskotekę, gdzie poznaje pewnego chłopaka. I tak, tu pojawia się wątek miłosny. Ale czy muzułmańska wampirzyca i syn narkomana mają jakąkolwiek szansę na udany związek?







     "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu" to oryginalny obraz nie pozbawiony oczywiście kontekstu polityczno-społeczno-kulturowego. Wizualnie utrzymany jest w czerni i bieli, a całości dopełnia świetna muzyka, dlatego soundtrack polecam równie mocno jak sam film. Pozwólcie wciągnąć się w ten świat, a może zaintryguje was tak samo jak mnie.

sobota, 18 lipca 2015

W mieszkaniach Romana Polańskiego – „trylogia apartamentowa”

     Chyba każdy zna nazwisko Romana Polańskiego. Nawet jeżeli nie widział żadnego jego filmu, to przynajmniej o nich słyszał. Ja chciałabym napisać o tzw. „trylogii apartamentowej”. Tak naprawdę nie jest to oficjalny cykl i powstał raczej przypadkowo. Nie da się jednak nie zauważyć podobieństw, które łączą ze sobą trzy filmy reżysera, czyli „Wstręt”, „Dziecko Rosemary” oraz „Lokatora”. 

     W każdym z nich najważniejszą rolę odgrywają obłęd oraz mieszkanie postaci. Zresztą reżyser zadbał o to, abyśmy dzięki powolnym ujęciom bardzo dokładnie zapoznali się z każdym pomieszczeniem. Równie powoli zauważamy też, że w zwykłych i rutynowych życiach bohaterów zaczynają dziać się dziwne i niepokojące rzeczy. Polański zastosował tu kolejny zabieg. Początkowo wszystko może wydawać nam się niepotrzebnie wydłużone i nudne, ale dzięki temu akcja przebiega stopniowo, a w odpowiednich momentach zaczynamy odczuwać napięcie. Pozwala to też na pojawienie się ziarna wątpliwości. Co dzieje się naprawdę, a co jest tylko wytworem chorego umysłu? Odpowiedź na to pytanie nie zawsze jest oczywista, ponieważ widzimy świat oczami bohaterów i dokładnie tak jak osoby chore psychicznie nie zawsze wiemy, co jest rzeczywistością, a co urojeniem.  Dodatkowo towarzyszy nam duszna atmosfera zamknięcia w mieszkaniach i przytłoczenia życiem w wielkich metropoliach.

kadr z filmu "Wstręt"
     „Wstręt” opowiada o młodej dziewczynie o imieniu Carol, która razem z siostrą wynajmuje mieszkanie w Londynie. Od początku filmu widzimy ją jako osobę cichą, zamkniętą w sobie i bardzo lękliwą. Szczególnie uwagę zwraca jej niechęć do mężczyzn. Stan dziewczyny pogarsza się, gdy jej starsza siostra wyjeżdża na dwutygodniowe wakacje ze swoim kochankiem. Gdy Carol zostaje sama jej lęki przybierają na sile, pojawiają się przerażające omamy. Już nie tylko mężczyźni wywołują w niej wstręt, lecz drażnią ją wszyscy ludzie i świat zewnętrzny. Zamyka się więc w mieszkaniu, gdzie ciemna strona jej natury zaczyna nad nią zwyciężać. 

kadr z filmu "Dziecko Rosemary"
  


    

W obłęd popada również Rosemary w sławnym filmie „Dziecko Rosemary”. Młode małżeństwo wprowadza się do mieszkania w Nowym Jorku, gdzie dość szybko zaznajamiają się z sąsiadami, nachalnymi staruszkami. Rosemary i jej mąż starają się o dziecko i właśnie ciąża staje się przyczyną szaleństwa. Kobieta przekonana jest, że nosi w sobie dziecko szatana na skutek spisku sąsiadów-satanistów. W spisek ten zamieszany ma być również jej mąż. Rosemary stara się więc walczyć z obawami związanymi z ciążą oraz uciec przed zmową otaczających ją ludzi.


     Natomiast w „Lokatorze” poznajemy Trelkovsky’ego, imigranta z Polski, który wynajmuje mieszkanie w Paryżu. W mieszkaniu tym mieszkała wcześniej Simone Choule, lecz popełniła samobójstwo. Trelkovsky stopniowo zaczyna być przekonany, że to sąsiedzi do tego doprowadzili. Wydaje mu się też, że sąsiedzi próbują zmienić go w poprzednią lokatorkę i tylko czekają aż wyskoczy z okna. Mający trudności z zaadaptowaniem się imigrant staje się coraz bardziej podejrzliwy i usiłuje ratować się przed paranoją i kryzysem własnej tożsamości.

kadr z filmu "Lokator"

     Co sprawiło, że Carol odczuwała wstręt do mężczyzn i świata rzeczywistego? Czy Rosemary naprawdę była ofiarą satanistów i urodziła antychrysta? Czy Trelkovsky był po prostu wariatem, który nie dogadywał się z sąsiadami? Tylko wy możecie odpowiedzieć na te pytania. Jeżeli więc zdecydujecie się spróbować, to życzę udanego zamknięcia w czterech ścianach filmowych apartamentów i… ludzkiego umysłu.

niedziela, 5 lipca 2015

Popkulturowy recykling filmowy

   Ostatnio przez przypadek natknęłam się na bardzo ciekawe sformułowanie „recykling popkulturowy'. Jak dla mnie najbardziej widoczne w filmie i najbardziej trefne określenie na dzisiejszy stan kina, głównie amerykańskiego.
     To, że Hollywood nie ma świeżych pomysłów na filmy, nie jest niczym nowym. Przykład pierwszy z brzegu to choćby nadchodzące „Gwiezdne wojny”. W produkcji „Pogromcy duchów” czy „Dzień Niepodległości”. Twórcy żerują na sentymencie widzów i nie mogą przejść obok czegoś tak kultowego, by tylko nie zachłysnąć się wizją pierwszego miejsca w box offisie. Nie oznacza to, że wszystko co jest pokazywane w kinach jest czymś odgrzewanym, ale w XXI wieku jest tego więcej niż kiedykolwiek.
      Najbardziej obawiam się przyszłości. Sam pomysł zrodzony w czyjeś głowie, by nakręcić jakąś historię na nowo jest czymś niepokojącym. Niepokojącym dla tych, którzy wychowali się chociażby na kinie nowej przygody i dla których te filmy są jak najbardziej na czasie. Nigdy się nie znudzą, nie zestarzeją. Ale dla młodszego pokolenia? Dla dzieciaków, dla których filmy z lat 80 czy 90 są już stare i mało interesujące? Jest to trochę smutne, ale myślę, że nie należy kalkować czyichś pomysłów, tylko stworzyć coś swojego, nowego, świeżego. Ale wybór jest prosty: łatwiej jest pójść na skróty; droga jest przetarta, szlak wyznaczony.
/filing.pl/
          Czemu o tym w ogóle piszę? bo zabolało mnie serce po przeczytaniu jednego 'newsa', na który natknęłam się parę dni temu. W tym 'newsie' była mowa o „Powrocie do przyszłości” i o tym, że reżyser tego filmu za nic w świecie nie zgodzi się na jego reboot, remake czy cokolwiek innego. Kamień z serca. Jednak jak można było przeczytać w dalszej części: jest to tylko kwestia czasu. Źródło tego newsa nie należy traktować serio (przeczytane na serwisie plotkarskim ;) ), ale co w sytuacji, gdy faktycznie są takie plany??? Nowy Indiana Jones (chyba) został już wybrany, niedawno mogliśmy oglądać zmutowane (dosłownie i w przenośni) Żółwie Ninja czy chociażby zwiedzić nowy Park Jurajski. Wygląda na to, że wszystko jest tylko kwestią czasu.
Wojownicze Żółwie Ninja zmutowały się dwa razy. Pierwszy raz w 1990, potem kolejny raz 2014.
Ewolucje widać gołym okiem.  
       Wszelkie obawy potwierdzają filmy, które mogliśmy oglądać już w kinie, z większym lub z mniejszym sukcesem, a które oparte były na klasycznych filmach lat 70/80/90. „RoboCop”, „Godzilla”, „Terminator” to tylko cześć tego wszystkiego. Pytanie: tylko po co?

     Warto się nad tym zastanowić, bo temat wydaje się bardzo dyskusyjny. Osobiście jestem na „nie”, chociaż jak najbardziej mogę dodać pewne „ale”.
       Są takie filmy, których nie należy ruszać w ogóle. Powinny zostać w swojej epoce, tam gdzie się zrodziły. Należą do pewnego nurtu, do pewnej konwencji, stylu. Zostały stworzone z myślą o widza i widzowi przynoszą frajdę takie jakie są. Zostały stworzone dokładnie, w sposób przemyślany, co sprawia, że nadal są aktualne i wciąż wracamy do nich z radością, z chęcią, z uśmiechem.
         Są też takie filmy, które (niestety) się zestarzały. I nakręcenie ich na nowo jest możliwością opowiedzenia danej historii od początku, w bardziej przystępny sposób, by dotrzeć do widza, który nie chce sięgać po starocie, ale też dla starszej widowni, która w ten sposób może odświeżyć sobie co nieco. Jest to też sposób na, nie tylko opowiedzenie jej na nowo, ale także na całkowite jej reaktywowanie, dodanie nowych wątków, stworzenie ciekawych postaci, zbudowanie opowieści, która stanie się odnośnikiem do czegoś innego. Przykładem może być choćby najnowsza trylogia Batmana. Większe możliwości techniczne, większe budżety, lepsi aktorzy, reżyserzy z wizjami. Wszystko zebrane w jedną kupę może dać naprawdę coś ciekawego. Ale trzeba mieć pomysł, coś więcej niż tylko oparcie się na schemacie. Nie piszę tutaj, że wyżej wymienione tytuły są całkowitą kalką. Nie. Chociażby Pogromczynie duchów, kobiety, są już czymś nowym, jednak nie zmienia to fakty, że temat sam w sobie będzie recyklingowany.
         Jednak są też takie historie, które można opowiadać na tysiące różnych sposobów i tak też były opowiadanie, i tak też jeszcze pewnie nie raz będą. O Sherlocku Holmesie powstało więcej niż 10 filmów, doliczyć należy seriale, a wszystko to na różne sposoby: to komedie, to adaptacje jednej, konkretnej sprawy, to przygody młodego Holmesa. I za każdym razem inaczej, ale nie zmienia to faktu, że po książkę   Arthura Conan Doyle'a sięgano po bardzo często. 
      Zastanawiam się, kiedy przyjdzie do głowy komuś, aby zacząć odnawiać stare, dobre dzieła kinematografii: „Ojca chrzestnego”, „Milczenie owiec”, „Leona zawodowca”.


          Może to też tylko kwestia czasu?

piątek, 5 czerwca 2015

Obrażają wszystko i wszystkich

......dosłownie

(źródło)

„Miasteczko South Park” stało się kultowe tak szybko, jak tylko pojawił się pierwszy epizod tego pojechanego serialu. Chamski humor, krytyka i komentarze do współczesnych wydarzeń oraz absurdalne dialogi doprowadziły do tego, że miliony fanów na całym świecie śledzą przygody grupki dzieciaków, pochodzących z zapyziałego miasteczka. 

Wszystko zaczęło się od serialu. Na ten genialny pomysł wpadło dwóch studentów: Trey Parker i Matt Stone. W 1992 stworzyli krótkometrażowy film animowany zatytułowany Spirit Of Christmas.


Zauważyli go ludzie z American Fox Network i tak rozpoczęła się ich długowieczna przygoda z Stan`em, Kyle, Eric`em i Kenny`em. Poprosili o kolejny odcinek, potem jeszcze kolejny i kolejny, po czym narodziło się kultowe miasteczko South Park. 

Serial od samego początku wzbudza kontrowersje, wyszydza społeczności, mniejszości, jednostki, zjwiska. Krótko mówiąc: wyszydza wszystko. Najczęściej poruszane są kwestie polityczne i religijne. Oczywiście to przysparza serialowi wrogów m. in wśród polityków i katolików. Nie bez powodu. Serialowi bohaterzy komentują twórców bieżących wydarzeń na świecie, przez co serial do tej pory jest "na czasie". Humor absurdalny, bardziej skandaliczny. Historie dzieciaków mają różne wątki: wojna, Jezus, szatan, seks, narkotyki i wulgarny język - wątek przewodni, nie mieszczący się w granicach zdrowego rozsądku. 

Na tą chwilę serial doczekał się szesnastu serii, łącznie 273 odcinków, pełnometrażowego filmu, fanklubów, tysięcy stron internetowych i co najważniejsze rzeszy fanów na całym świecie ( na fejsie fanpejdż liczy aż 46,668,616 lajków) Spora część to młodzież, nie dziwota. Mimo że na pierwszy rzut oka South Park nie prezentuje żadnych walorów edukacyjnych i wychowawczych, jednak na końcu zawsze doszukać możemy się morału - podsumowujace słowa któregoś z chłopaków. Mimo tego, że serial powstaje od kilkunastu lat, bohaterowie aż do połowy czwartego sezonu byli w tym samym wieku (od odcinka "4th Grade" chłopcy mają po dziewięć lat), jednak świat w serialu dostosowuje się do bieżących wydarzeń.
  

Przedstawione w serialu są przygody czterech ośmiolatków zamieszkujących małe amerykańskie miasteczko South Park w stanie Kolorado. Miasteczko istnieje w rzeczywistości. Niektóre z postaci także nie są wymyślone, jak Pan Mackey (Mr. Mackey), który był w prawdziwej szkole, do której uczęszczał Trey Parker. Oficer Barbrady także nie jest postacią fikcyjną; jest to prawdziwy policjant pracujący w Kolorado, skąd pochodzą twórcy South Park.

Śmierci Kenny`ego to sceny najbardziej charakterystyczne dla serialu. Przez jakiś czas w ogóle nie pojawiał się w formie cielesnej, bo uwięziony był w ciele Cartmana. To dzięki niemu komunikował się ze światem. Jego odradzanie się zostało wytłumaczone w serii odcinków Coon and Friends, gdzie Kenny wyjawia swoją tajemnicę. Mianowicie, dowiadujemy się, że posiada on supermoc: nie może umrzeć.



Strzał w dziesiątke to pełnometrażowy film z 1999r. (w PL od 2000r.) Przeładowana bluzgami historia zachwyci każdego fana serialu „South Park”. Mamy tutaj to wszystko to, co dostajemy w odcinkach tylko, że więcej, dłużej i niepocięte. Oczywiście wysublimowane gusty filmowe zostaną zniesmaczone i zgwałcone przez oko oraz ucho, co może doprowadzić do trwałego kalectwa i permanentnej sraczki. Jeśli więc nie lubicie dowcipu o Żydach, bezdomnych, kupie, rzygach, seksie, dziwkach, zwierzętach, śmierci, Jezusie, piekle, kosmitach, poszukiwaniu łechtaczki, itd., to lepiej sobie odpuście.

Fabuła filmu :

Na ekrany kin w South Parku i całych Stanów Zjednoczonych trafia kanadyjski film Płonące dupy z kontrowersyjnymi aktorami Terrence’em i Phillipem – idolami Stana, Erica, Kyle`a i Kennego. Film, w którym znajduje się wiele przekleństw oraz nieprzyzwoitych gestów i zachowań, szybko trafia do młodocianych odbiorców, którzy przenoszą na swój grunt podpatrzone w nim zachowania.

Czwórka bohaterów staje się idolami młodzieży miasteczka, która również wybiera się do kina na film – na efekty nie trzeba długo czekać: rodzice chłopców wezwani zostają do dyrektora, ponieważ ich pociechy wulgarnie zachowywały się na lekcjach. Wychodzi na jaw, że ich zachowanie wzięło się wprost z filmu. Matki całej czwórki karzą ją zakazem wychodzenia z domu, a gdy ginie Kenny, naśladujący bohaterów filmu, wypowiadają Kanadzie wojnę.

Na to czeka Szatan, romansujący w piekle z Saddamem Husajnem – gdy przeleje się krew niewinnych, Szatan będzie mógł objąć władzę nad światem. Swoją szansę widzi w tym także Saddam, dla którego liczą się tylko dwie rzeczy: seks oraz władza nad ludzkością.


Ale ale! To jeszcze nie koniec :) Jest serial, jest pełnometrażowy film, więc teraz czas na grę.

(źródło)

South Park: Kijek Prawdy - oparta na motywach kreskówki gra cRPG. Gracz wciela się w rolę dzieciaka, który wraz z rodzicami właśnie przeprowadził się do tytułowego miasteczka i próbuje zaskarbić sobie sympatię rówieśników. Okazją do tego jest wspólny LARP (Live Action Role Playing), w którym uczestniczą Cartman i jego koledzy. Fabuła gry obfituje w absurdalny humor i odniesienia do zjawisk kultury masowej. Twórcy sięgnęli także po klasyczne elementy mechaniki cRPG jak klasy postaci, walka w systemie turowym oraz możliwość zdobywania doświadczenia i awansowania na kolejne poziomy rozwoju. Produkcja zwraca uwagę kreskówkową szatą graficzną. 

Na koniec apka, dzięki której sprawdzisz którą postacią z South Park`u jesteś : Klik

środa, 3 czerwca 2015

Absurdalny humor tylko dla wybranych.

Słyszeliście głupszy tytuł dla filmu? Ja tak, chociażby Sarnie Żniwo… dwa wyżej wymienione tytuły to sprawka Bartosza Walaszka. Pewnie teraz zastanawiacie się „kto to taki kurde jest?”, już tłumaczę. Blok Ekipa, Generał Italia, Kapitan Bomba – coś wam to mówi? Zapewne tak, dla pewności podam jeszcze jedną nazwę, Figo Fagot. Walaszek jest pomysłodawcą i realizatorem wcześniej wymienionych dzieł. Tak, dzieł! Choć pewnie ktoś stwierdzi, że to totalne gnioty dla mnie to perfekcyjna robota i umiejętność wykorzystywania absurdu nie przekraczając cienkiej linii kiczu.



Wściekłe Pięści Węża to szalona komedia o Wściekłym Wężu, który chce pomścić zabójstwo swojego brata bliźniaka, którego zabił Prezes wspierany przez swojego sługę Romana z Rumunii. Jak wiadomo rodzina jest najważniejsza i nic ani nikt nie może stanąć mu na drodze w realizacji tego planu. Wąż ma przed sobą naprawdę trudne zadanie, zabicie chordy Andrzejów (w filmie jest kilkunastu bohaterów funkcjonujących pod tym imieniem) oraz Żeliwnej Pięści (drugi najlepszy najemnik na świecie) nie jest prostym zadaniem. Główny bohater jest jednak nieugięty w swoich planach, nie unika „niepotrzebnych walek”, łamie karki, wypruwa flaki i łamie kręgosłupy. Wszystko to z minimalną dozą Azji choć bardziej widać tutaj inspiracje menelskimi potyczkami pod monopolem. Wszystko okraszone jest genialną ścieżką dźwiękową zrobioną w… MIDACH. Film jest typowo polski, lekko wyśmiewczy ale nie przesadzony. Zobaczymy tutaj znane postaci, jedną z ról gra chociażby Kazik Staszewski – wokalista Kultu.


Na znanym portalu wystawiłem WPW dyszkę. Jeżeli ogarniasz dziwny humor, nie oceniasz filmów po kadrach, jakości obrazu czy realizmowi to zrobisz to samo. Zapraszam na seans! 


niedziela, 31 maja 2015

Interstellar

hdwallpapers.in

Gatunek science-fiction nigdy nie należał do moich ulubionych, więc do oglądania tego filmu podeszłam dosyć niechętnie. Początek filmu nie był bardzo zachęcający, ale kiedy podczas dalszego oglądania filmu poznajemy bliżej głównego bohatera robi się naprawdę ciekawie. Rolę Coopera, samotnego ojca dwójki dzieci zagrał jeden z moich ulubionych aktorów Matthew McConaughey. Mężczyzna podejmuje trudną decyzję o opuszczeniu swojej rodziny i wyruszeniu w podróż, która ma ocalić ludzkość przed wyniszczeniem. Ludzie umierają na Ziemi, rośliny są zatrute, a w powietrzu jest coraz mniej tlenu. Koniec życia na tej planecie jest nieunikniony. Badacze muszą jak najlepiej i efektywniej wykorzystać czas spędzony w innej galaktyce, ponieważ każdy dzień spędzony na badaniach oznacza kolejne lata płynące na ziemi. Badają przestrzeń kosmiczną, by znaleźć nowe miejsce do przetrwania i rozwoju ludzkości. Cooper być może już nigdy nie zobaczy swoich bliskich, a może spotka córkę, gdy ta będzie miała 80 lat? To sprawia, że film naprawdę wciąga widza. Nie wiemy co się wydarzy i razem z głównymi bohaterami odczuwamy tą presję czasu i nie możemy się doczekać, by rozwiązać wszystkie zagadki.

Warto wspomnieć także o świetnej roli Anne Hathaway, która gra jedną z towarzyszek Coopera - Brand. Jednocześnie jest ona córką uczonego, który stoi za sprawą całej wyprawy. Reżyser zapewnia nam zwiedzanie galaktyki wraz z bohaterami na wysokim poziomie. Film trwa 2 godziny 49 minut, a jego zakończenie ciężko nazwać zakończeniem. Czujemy niedosyt i właściwie nie uzyskujemy odpowiedzi na niektóre kwestie. Jakie? Przekonajcie się sami, polecam obejrzenie tego filmu!


Ola Grygiel

wtorek, 26 maja 2015

3096 dni. 8 lat. 2x3 metry.



Zanim zaczęłam pisać tę notkę zadałam sobie kilka pytań.

Jedno z nich brzmiało: W jaki sposób opowiedzieć o cierpieniu, by ludzie zrozumieli choć połowiczną jego część?

Doszłam do wniosku, że jeżeli cierpienie jest realnym faktem to najlepiej jest go nie fałszować, nie przysłaniać zbędnym koloryzowaniem. Krótko - najlepiej jest mówić prawdę. I choć prawda nie zawsze bywa cukierkowa, to właśnie ona urzeczywistnia prawdziwy ból, jakiego doświadczyć może człowiek. Jakiego doświadczyć może każdy z nas…

Już na wstępie filmu odczuwam pewien niepokój, nie jestem pewna, czy jest to związane z tym, iż wiem pośrednio, o czym będzie ta historia, czy może dlatego, ze mimo niepozornej sceny, w której nastoletnia Natascha przemierza stok narciarski w kolorowym kombinezonie na jej twarzy wypisany jest ból i swego rodzaju zrezygnowanie(?). Tak naprawdę ciężko określić, jakie uczucia nią targają, dopóki nie słyszymy słów, które raz wypowiedziane przeplatają się widzowi w głowie przez resztę filmu:

Wiedziałam, że tylko jedno z nas przeżyje, na koniec okazało się, że ja, nie on.

Reżyser zaczyna jakby od końca, ukazując nam jedną z późniejszych scen. Wszystko jednak ma tutaj swój cel. Musimy przecież wiedzieć, że nastolatka została porwana. Luką pozostają jednak informacje:  /gdzie, jak i kiedy/. Dlatego bez zbędnego marudzenia, następuje szybki powrót do dzieciństwa dziewczynki, w którym to mamy odnaleźć przyczyny dalszego rozwoju wydarzeń.

Pijący ojciec i matka desperatka, która wytyka swojemu dziecku, że je zbyt dużo ciastek to dopiero początek niesmaku, jaki pojawił się w moim odczuciu. Naprawdę może być gorzej. Tego feralnego dnia, Natascha po kłótni z matką, która obdarza ją siarczystym policzkiem, wybiega z domu, postanawiając, że drogę do szkoły odbędzie sama i może nie byłoby to tak tragiczne, gdyby nie fakt, że nigdy do niej nie dociera…

Wystarczy zaledwie kilka sekund, by Wolfgang Priklopil wciągnął ją do swej białej furgonetki i uczynił z kolejnych ośmiu lat istny horror. Horror przeplatany tęsknotą, płaczem, ale i nielicznymi upadkami człowieczeństwa. Podczas „3096 dni”, który w świetnym skrócie obrazuje wszystko, co musiała przejść Austriaczka, od napadów smutku, złości i zrezygnowania po walkę o siebie i szansę na odzyskanie wolności, widzimy także portret porywacza, którego mantrą są słowa „OBEY ME”. Ogromnie podobała mi się także gra aktorska głównych bohaterek. Zarówno Amelii Pidgeon, która wcieliła się w dziesięcioletnią Nataschę, jak i Antonii Campbell-Hughes, odgrywającą późniejsze sceny. Nie chcę przekroczyć granicy, która wyjaśni Wam wszystko, jednak pozwolę sobie opisać kilka scen, które mnie osobiście poruszyły.

Pierwszą z nich może być sytuacja, w której dziesięcioletnia Natascha rozmawia ze swoją sukienką i kurteczką, czyniąc z nich nad wyraz wyimaginowanych uczniów w wyimaginowanej szkole. Forma zabawy dziewczynki jest na tyle tragiczna, że czujemy wobec niej jeszcze silniejsze współczucie. Natascha przeprowadza z "ubrankiem" także wywiad, wyobrażając sobie, że to ona we własnej osobie siedzi po drugiej stronie stołu i opowiada historię swego porwania dziennikarce. Sukienka, którą miała na sobie feralnego dnia stanowi dla niej jakby amulet, który pozwala pamiętać o domu, rodzinie i matce. Zwłaszcza o matce, która jest stałym tematem jej próśb. Rozpaczliwe słuchanie „chcę do mamusi” jest ogromnym cierpieniem dla odbiorcy, który niestety nie ma wpływu na dziejące się na ekranie wydarzenia. Sceny te są dla mnie tak emocjonalne, że z przerażeniem oczekuje ich końca. Inny moment w filmie, który wyciska mi łzy to ten, w którym dziecko prosi o jedzenie. Dokonuje się tutaj na naszych oczach zminimalizowany akt tego, co prawdziwa Natascha Kampusch (wspominałam już, że ta historia wydarzyła się naprawdę, racja?) przeżywała niejednokrotnie podczas pobytu w domu, a raczej w wykopanym pomieszczeniu w głębi jego piwnicy. Tak naprawdę nie wiem, jak to nazwać, jeżeli skusicie się obejrzeć tę produkcję, mogę Wam zagwarantować, że będziecie zaskoczeni, w jak perfekcyjny sposób porywacz zaplanował każdy szczegół, jak cholernie dużo zabezpieczeń przygotował, by nikt nigdy nie znalazł porwanej dziewczynki…






8 lat. Cholerne 3096 dni. Cierpienie. Ból. Nienawiść, ale i…

„– To była chora miłość – powtarza Natascha. Opisuje noce spędzane w łóżku porywacza ze spętanymi kablem rękami, przywiązywanymi do jego rąk: „Kiedy tak mnie do siebie przywiązywał w ciągu tych wielu nocy, nie chodziło wcale o seks. Mężczyzna, który mnie bił, chciał mieć coś do przytulania”.”

Pozostawię Was z tym cytatem. Ze słowami prawdziwej Nataschy Kampusch, która by przerwać wszelkie spekulacje na temat porwania, wydała wyczerpującą książkę, oddając społeczeństwu część swoich tragicznych doświadczeń. Na tej podstawie powstał opisany powyżej przeze mnie film.

Zło jest wszędzie, tylko czasem zbyt dobrze się maskuje.



Polecam też film każdemu z Was.
Wlepiona w ekran nie mogłam uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Bywajcie. :)


Źródło cytatu: http://www.tygodnikprzeglad.pl/3096-dni-nataschy-kampusch/



niedziela, 24 maja 2015

Tengo ganas de Ti - Tylko Ciebie chcę

Aby podkreślić fenomen tego filmu zacznę od tego, że do jego obejrzenia zmusiłam większość mojej rodziny i znajomych. Ciężkie było to zadanie ze względu na długość jego trwania- ponad dwie godziny, a jak wiadomo obecnie wielu jest leniuchów, dla których standardowe półtorej godziny to absolutne maksimum. Co więcej, tematyka. Nie każdy lubi dość ciężkie dramaty, ale za to każdy, kto już obejrzał film zachwycił się nim nie mniej niż ja sama.


Oczywiście mogłabym rozpisać się też na temat tego, że produkcje hiszpańskie są realizowane zazwyczaj na najwyższym poziomie, zarówno pod względem technicznym, jak i pod względem ich fabuły, co już samo w sobie stanowi zapewnienie, że znaczna ich większość okazuje się wyjątkowa. „Tylko Ciebie chcę”, czy inaczej w wersji hiszpańskiej „Tengo ganas de ti” stanowi prawdziwą perełkę wśród tych wszystkich wyjątkowych produkcji. Zaskakuje nie tylko świetną grą aktorską, piękną scenerią, plastycznością, ale przede wszystkim surowością i brutalnością, z jaką zostały pokazane sprawy bliskie każdemu człowiekowi, czyli miłość, rodzina, ból i przebaczenie. Prawdziwość i jasność przekazu uderza i zmusza do myślenia, a piękna Barcelona sprawia, że nawet poważne problemy chce się przeżywać tylko w tym jednym miejscu na świecie.


Warto także dodać, że film ten jest kontynuacją absolutnego przeboju z 2010 roku. Pierwsza część nosi tytuł „Trzy metry nad niebem” (po hiszpańsku „Tres metros sobre el cielo”) i opowiada historię dwojga zakochanych, których pozornie dzieli wszystko, począwszy od statusu społecznego i kwoty na koncie, przez hobby i życiowe priorytety, aż po cechy charakteru. Pokazana jest potęga miłości i siła prawdziwej przyjaźni oraz to jak jedna nieprzemyślana decyzja może zniszczyć dosłownie wszystko. Główni bohaterowie: Babi (w tej roli Maria Valverde) oraz Hugo, czyli Ache (Mario Casas) poznają się zupełnym przypadkiem i tak też wygląda ich każde kolejne spotkanie. Do tego, nielegalne wyścigi, szybkie motocykle i dużo młodzieńczego szaleństwa. Po odkryciu czym jest prawdziwe uczucie, para staje się nierozłączna, podobnie jak ich przyjaciele Katina (Marina Salas) oraz Pollo (Alvaro Cervantes). Gdy Pollo ginie w tragicznym wypadku szczęśliwy świat paczki młodych przyjaciół rozsypuje się na drobne kawałki, których żadne z nich nie potrafi poskładać w całość.

„Trzy metry nad niebem” wciąż wysoko utrzymuje się w światowym rankingu dramatów, lecz druga część, czyli „Tylko Ciebie chcę” bije na głowę swoją poprzedniczkę, co jest o tyle dziwne, o ile zazwyczaj to pierwsze części serii filmów są właśnie tymi najlepszymi, najbardziej zapadającymi w pamięć. „Tylko Ciebie chcę” pokazuje losy grupki znajomych z poprzedniej części po kilku latach. Po rozstaniu z Babi, Ache wyjechał do Wielkiej Brytanii; kiedy wrócił z powrotem do pięknej Hiszpanii, zmieniło się wszystko i wszyscy, również on sam. Często odwiedza grób przyjaciela, żegna umierającą mamę, spotyka się z Katiną i stara się wpasować w świat, który już nie należy do niego. Stara się również zapomnieć o Babi, która ułożyła sobie życie z innym mężczyzną. Dawna siła ich uczucia i pragnienie przywrócenia go sprawiają, że znów się spotykają, lecz kosztem wielkiego cierpienia. Zupełnie przez przypadek Hugo poznaje drugą miłość swojego życia- zwariowaną Gin (w tej roli zdumiewająca Clara Lago), która nie tłumaczy się nikomu ze swego szaleństwa i robi wszystko to, na co ma ochotę. W tym przypadku łączy ich wiele rzeczy, lecz zanim oboje zrozumieją kim tak naprawdę dla siebie są, muszą przejść przez serię przykrych zdarzeń.


Część druga różni się od pierwszej przede wszystkim historią, jaką opowiada. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jest to tylko schematyczna kontynuacja opowieści w stylu: kilka lat później... Jednak opowieść ta jest już znacznie bardziej dojrzała, poważna, prawdziwa. Nie jest ukazane już tylko pierwsze uczucie dwojga nastolatków, lecz problemy świata dorosłego. Akcja nie toczy się wokół samej miłości z rodzaju tego uczucia, zarezerwowanego dla zakochanych, ale także obejmuje wszystko co związane z miłością w rodzinie, w przyjaźni, z jej utratą i próbą przywrócenia.


Ponadto, genialnie skomponowana muzyka i idealnie dobrane scenerie, w których kręcony był film dopełniają dzieła. Muzyka jest jedną z najważniejszych kwestii podczas produkcji filmowej, a w tym przypadku stanowi ona istny majstersztyk. Hiszpańskie plenery oraz zgiełk, towarzyszący Barcelonie o każdej porze dnia i nocy jest fantastycznym dopełnieniem całości ekranizacji. Co więcej, gra aktorska jest na bardzo wysokim poziomie. Do filmu zostali zaangażowani jedni z najlepszych aktorów hiszpańskich młodego pokolenia. 

„Tengo ganas de ti” dotyka tych wszystkich spraw i wartości, z którymi każdy człowiek spotyka się w życiu co najmniej raz, ale przede wszystkim porusza serca, bo mówiąc o rzeczach smutnych i trudnych, robi to nieśpiesznie, z wyczuciem, stopniowo wprowadzając widza w świat tak dobrze mu znany, lecz ukazany z zupełnie innej strony. Można nazwać to piękną opowieścią o poszukiwaniu samego siebie, przebaczeniu, miłości. Pomimo brutalności spojrzenia w filmie i przekazania tego bez ogródek, czynione jest to powoli, z wręcz namacalną lekkością. Taki sposób odkrywania każdego kolejnego, gorzkiego elementu z życia ludzkiego sprawia, że widz wcale nie męczy się oglądając film, ale chce go więcej, uświadamiając sobie przy tym, że tylko tego chce...